sobota, 26 lipca 2014

Świat a wyobrażenia

Właściwie nie lubię pisać tych notek. Nie przeszkadza mi ich obmyślanie, ale nie mogę się zebrać, żeby usiąść przed tym komputerem i spisać, co mi po głowie chodzi. W międzyczasie tracę połowę z tych myśli i tylko mnie szlag trafia. Muszę nabrać motywacji, albo rzucić to w niepamięć. Aż sama nie wiem, co bardziej do mnie przemawia…

            No dobrze, ale o czym zamierzam tym razem biadolić? Otóż o piosence. Pewnej pogodnej, słodkiej jak kilogram miodu piosence, która od jakiegoś czasu coraz częściej rani moje uszy. Zacznę jednak od, prostego na tym poziomie, pytania:
            Skąd się bierze nienawiść? Odpowiedzi są dwie, tak jak chcę roboczo wydzielić dwa rodzaje nienawiści.
            Jest nienawiść uzasadniona. Ktoś nam zabił kota, przeleciał dziewczynę, popsuł maskotkę Yody sprzed wieku, czy pół. Wtedy wściekamy się, życzymy mu zwalenia się nieba na łeb i dostajemy piany na jego widok wspominając doznane krzywdy. Tym nie zamierzam się zajmować, jest to temat pewnie wszystkim znany na tyle dobrze, że nie trzeba się rozdrabniać.
            Istnieje również nienawiść nieuzasadniona. Taka, która zdaje się brać znikąd i nawet nienawidzący nie widzą konkretnego, racjonalnego powodu swojego zachowania. A jeśli nie wiadomo, skąd się bierze nieracjonalne zachowanie to chodzi o (nie, nie pieniądze, tutaj jest bardzo racjonalnie) strach. Prymitywny, pierwotny strach, który przez tysiąclecia umożliwił ludziom przetrwanie, między innymi poprzez dzielenie na „swoich” i „obcych”.
            Co to ma wspólnego z piosenką? Już mówię.

Imagine there's no heaven.
It's easy if you try.
No hell below us,
above us only sky.
Imagine all the people,
living for today...

Imagine there's no countries.
It isn't hard to do.
Nothing to kill or die for
And no religion too.
Imagine all the people,
living life in peace.

You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one.

Imagine no possesions,
I wonder if you can.
No need for greed or hunger,
a brotherhood of man.

Imagine all the people,
sharing all the world...

You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one...

            Pewnie każdy kojarzy te słowa, prawda? Ja poznałam je już jakiś czas temu, ale nie w formie piosenki – twórczość Lennona ani Beatlesów nigdy do mnie nie przemawiała i nigdy się w nią nie zagłębiałam. Zobaczyłam jej tekst w formie obrazka w internecie, do tego przystrojonego słodkimi ilustracjami do każdej zwrotki. Dzielnie przejrzałam całość, po czym walnęłam głową w biurko (szczęśliwie nie doczekując się krwiaka) zastanawiając się, co za idiota to stworzył a potem jeszcze rozpropagował. No, teraz już wiem. I wiem, jak ludzie w te słowa bezmyślnie wierzą nawet w naszym, zdawałoby się jeszcze nie aż tak zamerykanizowanym, kraju.
            Czego chcę od tej piosenki? W końcu jest taka słodka, przyjemna, pozytywna, z dziecinną niewinnością patrząca na świat. Właśnie, dziecinną. Ludzie w ogóle nie zastanawiają się nad jej (bez)sensem chcąc chłonąć słodycz, co stwierdził sam twórca. Spróbujmy jednak pomyśleć chwilę nad jej treścią. Niech zniknie religia, kraje, kultura, zwyczaje. Zostańmy na chwilę warzywami, bez historii, człowieczeństwa, moralności. Usuńmy kraje, a więc całą różnorodność świata, potraw, strojów, piękno tańców i muzyki, każda bowiem czerpie z jakiś korzeni kulturowych i historycznych, nawet jeśli to przygłupia, sezonowa gwiazdka pop. Zdejmijmy jarzmo religii, pozbawiając się jednocześnie różnorodności świąt, spokoju w śmierci, wytrwałości w bólu, wytycznych w życiu, wsparcia bliskich ludzi – społeczności. Na koniec pozbądźmy się tego, by mieć za co umierać. Wtedy nie będzie też, po co żyć.
            Zgodnie z tekstem piosenki wyrzuciłam więc całą nadzieję i człowieczeństwo. Co mi zostało? Nienawiść. Jeśli usuniemy religię zaczniemy nienawidzić obcokrajowców. Gdy znikną kraje zaczną się podziały na klasy społeczne. Jeśli wszyscy będą żyć na tym samym poziomie pojawi się wrogość między wsiami a miastami lub dzielnicami. Gdy zagospodarujemy cały świat tak samo zaczną się napady na blondynów. Jeśli wszystkich przefarbujemy problemem stanie się wzrost. Ta nienawiść będzie wciąż istnieć, bo jest nam zwyczajnie potrzeba, tak samo jak jedzenie, czy kopulacja. Są to najpierwotniejsze ludzkie uczucia, z którymi da się walczyć tylko poprzez zwalczanie strachu, zaznajamianie ludzi z obcymi kulturami, poglądami, zwyczajami, poszerzanie horyzontów u młodych ludzi. I to, wydaje mi się, powinno być dla wszystkich oczywiste. Jednak nie jest, co więcej, winę za to uczucie wyjmuje się z ludzi (jakież to chrześcijańskie – to nie twoja wina, że jesteś pełen pogardy, to zły diabeł za ciebie) i przekłada na to, co w nas najpiękniejsze.

            Niestety, nie napiszę tutaj żadnej porady, rozwiązania, choć bardzo bym chciała. Ludzie wciąż są na zbyt niskim poziomie intelektualnym by można było cokolwiek zaradzić,  chyba że w mały gronie. Jednak nawet w tym warto, bo przecież to jest już zmiana, która może pójść dalej. Może kiedyś, gdy ludzkość dorośnie, nie będzie nam potrzeba słodkich słów o tym, jak to, co powinniśmy wielbić nas niszczy.

wtorek, 24 grudnia 2013

Śmierć elity



Na pewno każdy zna króla Juliana. Niektórzy pewnie z pamięci są w stanie przywołać niezliczone ilości jego „mądrości”. Jedna z nich chodzi za mną już od dłuższego czasu cisnąć się na usta przy każdej obserwacji otaczającego świata.
            Gdzie się podziały podziały klasowe? Choć oryginalnie wypowiedziane niefrasobliwie i w specyficznych warunkach jest wspaniałym odpowiednikiem nijakości i zlania, które ogarnęły aktualnie świat a przynajmniej cały „cywilizowany świat”. Każdy idiota, ba, przede wszystkim i coraz częściej głównie idioci, może skończyć studia, wydać książkę, płytę, zostać sławnym piosenkarzem, malarzem, zarabiać krocie za nic. I być popularnym, dużo bardziej niż ludzie inteligentni, wartościowi, utalentowani, pracowici, ponieważ zamiast przekazu i refleksji ofiarowują szarym masom szare pomyje swoich toaletowych przemyśleń niewymagające żadnej inteligencji za to dające nadzieję, że każdy może zostać znanym i bogatym. I tyczy się to każdej dziedziny sztuki, która dziś łka gdzieś w ciemnych kątach zapuszczonych pubów i muzeów, bo chłam wykupił całą wielką scenę, oraz tego, co kiedyś zwało się inteligencją.
            Studiując coraz częściej widzę, że na studia idzie każdy. Może niektórym wydaje się, że 40% narodu to nie każdy, ale w porównaniu z 30% dostających się maturzystów (a przecież maturę też zdawało niewielu) z lat dziewięćdziesiątych to ogromny skok. Nie wspominając, że przechadzając się korytarzami dowolnej uczelni można znaleźć człowieka każdej grupy – od wielkich geniuszy i światłych umysłów, po tłumoków, którzy fartem dostali maturę „4m=8 , oblicz m” i radośnie dostali się na studia, by móc chlać, imprezować, zaniżać poziom, ukazywać wszystkim swój brak wiedzy i inteligencji a mimo to zaliczać, bez szans na przyszłość i niszcząc takie szanse innym. W końcu, gdy co piąty człowiek jest magistrem to nie ma to żadnej wartości. I tym sposobem mamy dziewczynę, która, marząc o zostaniu kosmetyczką, zamiast pójść do zawodówki, czy nawet zdać maturę i próbować gdzieś się zatrudnić idzie na studia. Kosmetyczne, rzecz jasna. Wychodzi po tych kilku latach i dziwi się, że nie mając ani wiedzy, ani doświadczenia nie znajduje roboty, bo wszystkie miejsca zajęte są przez osoby, które owe doświadczenie zbierały.
            Kiedyś malowano wyłącznie na zamówienie. Z tego też powodu malarz musiał być artystą, posiadać wszystkie cechy takowego i wykonywać swoją robotę porządnie, w przeciwnym bowiem razie wylądowałby na bruku i modlił się o szybką śmierć. Potem jednak przyszły czasy, gdy każdy mógł kupić płótno, pędzel i stworzyć bohomaz, coś, co potem wymuszało na ludziach zachwyty (w przeciwnym wypadku wmówiono by im, że się nie znają i wykluczono) a teraz szpeci ściany muzeów zarabiając grube pieniądze a będąc zwykłymi wymiocinami pijanego chłopa i mając żadną wartość artystyczną lub historyczną.
            Kiedyś wydawano książki dobre, wartościowe, bo zwyczajnie szkoda było papieru na cokolwiek innego. W końcu czytanie było przywilejem ludzi chcących przekazów. Teraz, jeśli coś jest sztucznie i z przegięciem mhrrroczne, zUe, wszędzie leje się krew, torturują każdego przechodnia a kobiety wciskają piersi w twarz i tyłki w uda każdego bohatera (fantasy) lub wszędzie biegają półnagie 16latki dające za parę spodni (każda inna forma literatury popularnej) to wiadomo, że trzeba wydać. Bo jest modne, bo spełnia wymagania niżowe, bo na pewno się sprzeda. Teraz, jeśli kupować książki to najlepiej nie w księgarniach, tylko w internecie (wbrew pozorom wciąż mniej zasypany talentowymi upadkami niż taki empik), tylko polecone przez znajomych o znanym, dobrym guście i, pod żadnym pozorem, nie bestsellery. Od dłuższego czasu obserwuje, że im książka gorsza tym większa szansa, że trafi na tę półkę.
            Można odnieść wrażenie, że chcę ludzi dzielić na kasty. I, właściwie, coś w tym jest. Ludzie powinni się trzymać swoich stref i nie wychodzić zbyt daleko poza nie, bo wtedy właśnie zaczyna intelektualna papka zabójcza dla rozmaitości świata. Nie przeszkadza mi skąd ktoś pochodzi, że ludzie ze wsi idą na studia, czy nagrywają płytę. Niech idą, niech nagrywają, ale tylko, jeśli są pracowici, uzdolnieni, inteligentni. W przeciwnym wypadku, i miastowych też się to tyczy, niech siedzą z łopatą w rowach i się nie pchają, gdzie ich nie trzeba. Tacy przecież też są potrzebni, takich zawsze mało, a przez społeczną presję posiadania doktora trzykrotnie habilitowanego z doktorologii stosowanej coraz mniej.
            Najbardziej bolesna w tym wszystkim jest niemożliwość zmiany obecnego stanu rzeczy. Można się od tego odciąć, studiować nie oglądając się na tę bandę mniej-niż-półgłówków, płacić tylko wartościowym twórcom. Wciąż jednak świat będzie karmił niezasłużoną sławą sezonowe gwiazdki i idolów nastolateczek (czyż ci nie są najgorsi?) spychając na dziesiąty plan to, co warto byłoby wynieść na piedestały, zaś świadomość tego będzie zewsząd i bez przerwy docierała odbierając resztki wiary w ludzkość, o ile w kimś jeszcze takowe pozostały. Cóż, nie pozostaje jednak nic innego jak próbować, bo chociaż swój mały światek możemy zmieniać wedle swojego uznania.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Dzikość brązu



Niesamowite.
            Co? W gruncie rzeczy sama do końca nie wiem. Wciąż analizuję nowe zjawisko, jakiego byłam świadkiem. Zjawisko niby pospolite, jednak świeże i niecodzienne w swej prymitywności. I wcale nie chodzi o pogo. Nie pytaj, tak mi przyszło na myśl wspominając o świeżej prymitywności.
            Byłam na koncercie. Organizowała go nasza wspaniała GPW i, w gruncie rzeczy, pojawiłam się tam tylko na zasadzie „wieczorem jest jakiś koncert, wstęp wolny, idziemy?”. Cóż, po wstępie wolnym tego bym się nie spodziewała…
            I w tym miejscu zaznaczę, że nie zamierzam tu tworzyć recenzji. Coś w tym guście na pewno z tego wyjdzie, jednak wszelkie odczucia i wrażenia będą bardzo subiektywne i nie radzę kierować się nimi przy wyrabianiu sobie opinii.
            Grał francuski zespół Les Tambours du Bronx. Wtedy usłyszałam o nich po raz pierwszy. Już na początku uznałam, że nie było to ani trochę francuskie. Mieli być to bębniarze, perkusiści, w praktyce grali na metalowych beczkach „by oddać charakter fabryki”. Być może, nie wnikam w ideę, muszę jednak przyznać, że robili wrażenie. Oni nie uderzali pałeczkami w beczki – oni potrafili z tego uderzania zrobić show, w którym część niczym golemy bębniła w blachę, część rzucała się oddając całe ciało a może i umysł z duszą tej muzyce wznosząc się wraz z pałkami (pałeczkami ciężko to nazwać) i spadając wraz z nimi, show, w którym beczki latały po scenie a jeden muzyk, niczym oszalały, rzucał się po scenie szarpiąc za włosy. Potrafili zrobić z tego show nawiązujące zarówno do ciężkiego koncertu metalowego jak i, w miarę możliwości takiej perkusji, techno, electro, czy jakkolwiek to się dziś nazywa. Mało ruchliwą, podstarzałą czy nienawykłą do takiego rodzaju muzyki publiczność po marnym suporcie potrafili rozgrzać, namówić do krzyków, skoków i rzucania się po fanty po koncercie.
            Czy to jednak było taki niesamowite? Owy spektakl, przedstawienie z ciał i instrumentów przerwany czasem czymś na kształt śpiewu? Otóż nie. Podczas ich oglądania naszła mnie pewna refleksja. Najprawdopodobniej gdyby w Polsce pojawiła się grupa ludzi mówiąca, że gra na beczkach zostaliby spławieni pełnymi politowania spojrzeniami i mogliby robić co najwyżej za atrakcje turystyczną czy ciekawostkę w jakimś programie telewizyjnym o wschodzących gwiazdach (chociaż akurat te programy dają nadzieję, że los takiego zespołu potoczyłby się inaczej). Tam jednak stali się oni zespołem o nielichej sławie a ich pierwszy poważniejszy występ uświęcał wielką okazję, jaką było dwustolecie wybuchu rewolucji francuskiej. W byle ludzi beczkami uwierzono i pozwolono brać udział w tak ogromnej uroczystości. Sama, przyznaję, podchodzę z pewną rezerwą do wszelkich ekstrawertyckich nowości, jednak rezerwa ta nie powinna być z góry niechęcią. Od dłuższego czasu zaczęłam wątpić w istnienie oryginalności i pomysłowości w tych czasach – a jednak można się jeszcze zdziwić, tylko trzeba dać szansę temu dziwnemu zjawisku (zapominać, że większość to jednak przeciętny i popularny chłam też nie warto).
            Radzę ich gdzieś znaleźć, przesłuchać a przede wszystkim – obejrzeć. Na ekranie to zupełnie nie to samo, co na żywo – co widać choćby porównując na bieżąco obraz z telebimów i sceny – daje jednak pewien posmak. Nawet traktując to, jako ciekawostkę warto takich rzeczy chociaż spróbować. Niemal zdążyłam zapomnieć jak ważne są nowe, nawet jeśli nieco oczywiste, doświadczenia.

czwartek, 16 maja 2013

Inny świat



            Kogo nie bierze czasem Tęsknota? Taka zwykła, niewytłumaczalna Tęsknota, najpewniej silnie związana z Odhr. Nie mowa tu o chęci zobaczenia dawno niewidzianego kochanka czy rodziców na zbyt długiej kolonii. Tęsknota zastaje nas w momencie, gdy mamy wszystko, czego – jak mogłoby się wydawać – chcieć możemy, pod wpływem jednego słowa, obrazu, dźwięku. Spada niczym grom z jasnego nieba i kradnie myśli, uczucia, emocje, narzuca chęć pozostawienia wszystkiego, co robimy na rzecz bezmyślnego gapienia się w przestrzeń lub wyrzucenia Jej z siebie. Lecz mimo to nie jest uczuciem negatywnym. Bywa przyjemna, gdy zabiera nas gdzieś daleko, do niepodejrzewanych przez nas od czasów dzieciństwa miejsc, bywa twórcza, gdy postanowimy podzielić się nią na papierze czy w nutach, bywa wyzwalająca, gdy wskazuje nam drogę w naszym życiu.
            Nieszczęśliwi potrafią jedynie tęsknić. Siedzą, patrzą w okno lub zwyczajnie tłumią to uczucie w sobie zmuszając się do robienia czegokolwiek, traktując ją niczym smutek czy zwykłą tęsknotę. Szczęśliwi – a może bardziej wrażliwi? – dostrzegają jej przyczynę, wiedzą, czego pragną i potrafią to wykorzystać. Część z nich ogląda filmy, część gra w RPG czy gry komputerowe, część pisze książki, wiersze i piosenki. Bo Tęsknota dotyczy innego życia. Nie tego, które może nam zaofiarować świat, jaki znamy. Każdy to życie odbiera inaczej – walka o przetrwanie, wielkie, epickie bitwy, życie wśród lasów lub kamiennych ścian wielkich warowni, bogate suknie i zawody łucznicze, rycerze w lśniących zbrojach, technika pozwalająca podróżować po przestrzeniach kosmicznych, obce gatunki, zniszczone miasta będące nikłym wspomnieniem naszej cywilizacji. Dla każdego ten inny świat wygląda odmiennie i szczęśliwi ci, dla których podobny jest do naszego, lub którzy namiastkę takowego potrafią stworzyć. Wtedy właśnie Tęsknota staje się wyznacznikiem w życiu, zamiast – jak wielu tym, którzy nie chcą jej sobie uświadomić – odebrać go i doprowadzać nawet do depresji nadaje cel, umożliwia pracę na swoje szczęście i komfort psychiczny. Staje się twórcza, gdy dajemy jej upust tworząc własny świat, świat wspaniałej fantazji, w którym nie należy się zaszywać, warto jednak często go odwiedzać. Daje to spokój, daje to poczucie bezpieczeństwa, daje to nadzieję, że jest jeszcze szansa dla naszego społeczeństwa, które przeraża coraz bardziej. Czas płynie, ludzie się zmieniają, społeczeństwo również. To nie ulega najmniejszej wątpliwości, co więcej – jest pożądane, choćby ze względu na przetrwanie gatunku. Kiedyś jednak te zmiany służyły gatunkowi, można jednak mieć szczere wątpliwości czy wciąż to robią.
            Kiedyś dobór naturalny preferował jednostki lepiej przystosowane likwidując te gorzej przystosowane. Ludzie jednak zrezygnowali całkowicie z doboru naturalnego nie tylko pozwalając żyć ludziom z poważnymi chorobami i przekazywać je dalej, ale również pozwalając zdrowym ludziom degradować, stawać się jeszcze gorzej przystosowanymi niż owi chorzy. W dzisiejszym świecie ludzie przystosowują się do sztucznego świata, który sami tworzą nie potrafiąc istnieć w świecie prawdziwym, który go otacza. Gdyby ta śliczna iluzja zniknęła większość zmarłaby w przeciągu kilku dni nie potrafiąc zrobić absolutnie nic, próbując rozpalić ognisko trąc o siebie patyki. Stajemy się coraz bardziej zależni od techniki – internetu, telefonów, telewizji – czerpiąc całą swą „mądrość” i „wiedzę” z tych źródeł. Ludzie poinformowani o najoczywistszych prawdach robią wielkie oczy, twierdzą, że to niezwykle mądre i nigdy sami by tego nie wymyślili. Każdy, kto wykazuje najniższy poziom inteligencji uważany jest za niesamowicie inteligentnego i wartego uwagi. Co więcej, ludzie zaczynają potrzebować siebie nawzajem dużo bardziej niż mogłoby się wydawać. Coraz więcej osób nie jest w stanie przemeblować pokoju, umówić się na randkę czy nawet ubrać bez pomocy innych, często nawet (o, zgrozo!) obcych, ludzi. Interesujące przestają być problemy życiowe, egzystencjalne, choćby i nawet najbliższych. Fascynujące za to i godne nieprzerwanej przez kilka dni uwagi staje się, że jakaś Amerykanka – jako któraś set z kolei – wycięła sobie piersi.  Zagrożenie objawia się w tym, że gdyby wszystkie media zaczęły teraz głosić, że komunizm lub nazizm to najlepsze, co spotkało świat i powinny zapanować wszędzie – ludzie uwierzyliby i domagaliby się wprowadzenia tych ustrojów. Bo tak mówią media, bo tak mówią wszyscy, to musi być prawda.
            Coraz popularniejsze stają się portale społecznościowe pozwalające ludziom czuć się niczym celebryci – ważni, zawsze w centrum uwagi, otoczeni przez fałszywych ludzi, których nazywają „przyjaciółmi”, choć daleko im nawet do kolegów, lecz których uwaga poprawia im humor. Zaginęły gdzieś siła, niezależność a jednocześnie należenie do stada, zdolność do życia w nim i, przede wszystkim, brania odpowiedzialności za nie i za siebie. Liczy się „ja”, „moje”, ceniona i sztucznie promowana jest indywidualność jednocześnie zaś każdy stara się wszystkim przypodobać i znaleźć w tłumie żeby nie być osądzanym za swoje czyny. Absurd? Nic nowego w dzisiejszym świecie.
            Bardzo się nie rozpisałam. Nie było jednak nad czym. Moje dzisiejsze postulaty są proste.
            Po pierwsze nie dajmy z siebie zrobić idiotów. Z jakiś przyczyn mamy w nazwie „człowiek myślący”. Korzystajmy więc z tego przywileju, w natłoku idiotów przekonanych, że modne ubrania, imprezy czy słuchanie modnej muzyki zrobi z nich panów świata zachowajmy zdrowy rozsądek, sarkazm i inteligencje. Nie bójmy się tej ostatniej, nawet jeśli pośród dzisiejszych ludzi – wbrew pozorom nie tylko młodzieży – przyznanie się do niej wymaga ogromu odwagi.
            Po drugie otwórzmy się na Tęsknotę. Posłuchajmy jej czasem trochę, oddajmy się w Jej ręce i sprawdźmy, co powie nam o nas samych. Otwórzmy się na płynącą z nią wrażliwość a rzucone przez nią wyzwania udźwignijmy zamiast traktować jako bolesne, niespełnione marzenia. Warto.

środa, 23 stycznia 2013

Nicość



Miałam napisać tak wiele. Najpierw o patriotyzmie, oczywiście z okazji 11 listopada. Ten jednak temat mnie przerósł, okazał się zbyt obszerny. Potem uczcić święta praktycznie wszystkich religii, opowiedzieć o tak niesamowitej nocy jak przesilenie i jej wypaczeniu, na koniec porozważać o nowym roku i zadziwiającej dacie jego początku. Nic z tego nie wyszło, na nic z dwóch ostatnich nie miałam sił i się nie zdobyłam. Sam fakt, że zebrałam się by napisać to, co teraz czytasz jest dla mnie samej zaskoczeniem. Bo w sumie po co? To jest najgorsze pytanie jakie sobie kiedykolwiek zadałam, bo nigdy nie ma na nie satysfakcjonującej odpowiedzi. Po co, dlaczego, jaki to ma sens? Wyobraź sobie...
            Patrząc przez okno widzisz tylko szarość nieba, dziesiątki bloków przesłaniających horyzont, drzewa, niebo, przestrzeń. Klaustrofobiczny widok powoduje poczucie zagrożenia, duszenia, powolnego umiera, przedśmiertnego gnicia. Zmusza do cofnięcia się w głąb jeszcze mniejszego, ale za to bezpieczniejszego pokoiku w przyjaźnie otulającą ciemność. Musisz iść spać, ale nie chcesz. Wolisz siedzieć w mroku, oparty o miękką krawędź łóżka i rozkoszować się słodką samotnością, możliwością odkrycia siebie. Jednak im bardziej się odkrywasz tym jest gorzej. Zdajesz sobie sprawę, dlaczego nie chcesz iść spać – chwila przed zamknięciem oczu z głową na poduszce jest najprzyjemniejsza. Daje nadzieję, że te oczy nie zostaną już więcej otwarte, że pozostaniesz Tam na zawsze. Albo lepiej – obudzisz się gdzie indziej, wszystko co dotąd się działo okaże się koszmarnym snem, który minął. Będziesz tam gdzie powinieneś i wtedy kiedy powinieneś. Nad tym wszystkim jednak krąży cień – świadomość, że to niemożliwe, że jutro znów otworzysz oczy będąc w tym samym miejscu, dopadnie cię zwykła szarość, codzienność, bezmyślność w bezsensowności. W końcu się jednak kładziesz. Zgodnie z oczekiwaniami następuje następny dzień. Idziesz do szkoły, pracy. Nie jesteś bardzo smutny, zdarza ci się zażartować, zaśmiać, pogadać normalnie z ludźmi. Ale jakoś nie sprawia to tyle radości i przyjemności co kiedyś a ta, która jest szybko znika. Bywają dni, że w ogóle nie czerpiesz z niczego radości, wszystko irytuje lub doprowadza do łez. Jesteś tam, bo musisz, bo w sumie co innego możesz? Bez szczęścia włóczysz się wśród ludzi, których najchętniej byś pozabijał, powywoził, byle nie było ich wokół, byle dali ci spokój!
Ludzie tego nie widzą, nie wiedzą. Nie mają jak zauważyć – przecież każdy miewa gorszy dzień, to na pewno jeden z takich. Skoro się śmiejesz, żartujesz to na pewno wszystko z tobą w porządku. Bzdurne mity. Błędne koło polega na tym, że skoro nie wiedzą i nie zauważają to się nie dowiedzą, bo lepiej gdy im nie mówisz. Nie zrozumieją – twierdzą, że to urojone, próbują pocieszać lub, o zgrozo, zaczynają gadać o lekarzu i pomocy. A to jest najgorsze, co może spotkać – gdy dziecko skaleczy się w palec idzie do mamy aby ta je ucałowała, przytuliła i ukochała nie zaś by polała palec zimną wodą, przykleiła plaster i profesjonalnie pomogła. Oczywiście, gdy patrzeć na to praktycznie to drugie jest lepsze, bardziej pomoże dziecku i zaleczy ranę. Lecz mimo wygojenia rany w dziecku pozostanie niesmak i rozczarowanie, bo nie tego chciało, nie to pomogłoby na ból.
Tak więc trwa się w ciszy, milczy w cierpieniu i cierpli w milczeniu. Trwa to długo, tak długo aż nie ma już innego „ja”, aż staje się ona taką samą częścią nas jak ulubiony film, częste powiedzonko czy sposób reagowania na stres. Po prostu jest i nie ma szansy być bez niej. Zwłaszcza, że daje przeświadczenie o mądrości a może i samą mądrość o nas samych, pozwala odkrywać rzeczy, których wolelibyśmy nigdy nie wiedzieć, jednak gdy je poznamy nie potrafimy z nich zrezygnować. Światopogląd, ideologia, religia, samoocena – wszystko, dopóki jest, podlega jej. Gdy zaś te rzeczy znikają to ona staje się jedyną właściwą formą i stwarza fundamenty pod budowę wszystkiego innego.
            Każdy z nas potrzebuje czego innego by obejść się bez niej, by móc żyć samemu. I mało który z nas ma środki, możliwości lub odwagę by to zdobyć lub po to sięgnąć. Inaczej nigdy by jej nie było.
           Człowiek nie może żyć, nie wiedząc, po co żyje.

poniedziałek, 22 października 2012

Nic nie muszę!



Po długich a ciężkich udało mi się – usiadłam i spisałam. Ten tekst chodził za mną od bardzo, bardzo dawna, ale dotąd jakoś nie dałam rady go stworzyć.
            A teraz: oto jest.

            Od jakiegoś czasu, w wyniku pewnej dyskusji, chodzą mi po głowie rozważania o wolności. Jest to kolejne zadziwiające i abstrakcyjne słowo, które jednak towarzyszy nam na co dzień.
            Zanim zacznę cokolwiek przydałoby się powiedzieć czym tak właściwie jest wolność. Tutaj pojawia się pierwszy problem, wręcz nie do przeskoczenia. Jak wiadomo gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania i w tym przypadku widać to niezwykle wyraźnie. Bowiem wielu jest w stanie własnowolnie wyrzec się wolności i zrzec jej przywilejów, równie jednak wielu potrzebuje chociaż złudnego przekonania, że są wolnymi. Jednak wracając: co to oznacza? Czy pomoże nam słownik? Niespecjalnie. Twierdzi on, że wolność to „niezależność, niepodległość, swoboda, samodzielność”. Ciężko się z nim nie zgodzić, jednak nie daje nam to zbyt wielu konkretów. I tutaj wracają nasi dwaj Polacy – otóż, jak nietrudno zauważyć, każdy ma swoją definicję wolności.
            Zdarzyło mi się słyszeć, że jest to „brak ograniczeń”. Równie dobrze można by powiedzieć „nie istnieje”, czy bowiem możemy być kiedykolwiek niczym nieograniczeni? Dziś ograniczają nas prawa, zwyczaje, obowiązki. Jeśli ktoś wyrzeka się tego pozostaje dalej własne sumienie, poczucie honoru, duma. Jeśli jednak i tego się wyzbędziemy – musimy przecież jeść, pić, spać. Tych ograniczeń nie zrzucimy nigdy.
            Inną, bardzo ciekawą definicją było: „możliwość wyboru ograniczeń”. Autorowi jestem w stanie przyznać wiele racji – ograniczeń w pełni nigdy się nie wyzbędziemy, ale skoro mamy wybór drogi, którą zechcemy podążać (lub nie) to jest to niewątpliwie pewien rodzaj wolności.
            Jednak na potrzeby tych przemyśleń postanowiłam podciągnąć wszystko pod swoją definicje: „ograniczenie jedynie przez samego siebie”.
            No dobrze, wiemy już czym jest, a raczej czym może być, wolność. O czym jednak chce powiedzieć? Co mnie tak w niej intryguje?
            Po pierwsze pęd człowieka do wolności. Co prawda, jak już wspominałam, wielu dobrowolnie się jej wyrzeka. Jednak nadal większość jest w stanie poświęcić się dla niej, dążyć do niej jak tylko może, szukać jej i stworzyć z niej swój cel życiowy (i tej część poświęcę większość swojej uwagi). Czy jednak warto? Pierwsza odpowiedź jak przychodzi do głowy to „tak!”. W końcu kto chciałby być zniewolony, zmuszony, ograniczony? A jednak gdy się nad tym zastanowić, przyjrzeć historii i ludziom wokół nas nietrudno nabrać wątpliwości. Czytając Ericha Fromma można łatwo dojść do wniosku, że o wolności łatwo mówić, łatwo o nią walczyć, łatwo o niej marzyć. Jednak posiadanie wolności jest jedną z najcięższych rzeczy w ludzkim życiu. Dopóki jej nie mamy – a jej brak narzucony jest z zewnątrz - jest celem, snem, dążeniem. Kiedy jednak tylko ją zyskujemy robimy wszystko by się jej pozbyć. Tak, tak, zwłaszcza ci, którzy tak się burzą, że oni tej wolności pragną. Bowiem czym jest wolność tak naprawdę? Nie pytam tym razem o ograniczenia i swobody, o definicje osobiste a o te uniwersalne. Otóż wolność jest przymusem. Tak, dokładnie tym, choć nie tylko. Wolność to przymus podejmowania własnych decyzji, nie patrzenia na innych – czego nie wolno mylić z przyjmowaniem rad – odpowiedzialności za wszystko co zrobimy, powiemy, pomyślimy nawet. Będąc wolnymi musimy okazać się też silnymi, odpowiedzialnymi, dojrzałymi. Inaczej albo popełnimy błąd za błędem, które ostatecznie sprowadzą nas na dno, albo wolność nas zgniecie, przytłoczy, przerośnie i będziemy szukać jakiejś formy niewoli, która uwolni nas od samych siebie. „W końcu wszyscy tak robią”, „to on kazał mi to zrobić”, „nie wiem, nie pytaj”.
            W naszym społeczeństwie pewien rodzaj wolności uzyskuje się w wieku 18 lat. Możemy – teoretycznie – decydować o sobie, swoim życiu. Możemy rzucić szkołę i wyjechać na drugi koniec świata, możemy oddać się studiom, możemy spędzać wieczory na pijaństwie czy doczekać się potomka i założyć rodzinę. Czy to jednak słuszny pomysł? Moim zdaniem nie. Nie każdy zasługuje na wolność i nie tylko dlatego, że będzie starał się jej pozbyć. Jak już pisałam wolność to odpowiedzialność, a odpowiedzialności nie liczy się z wiekiem lecz charakterem, dojrzałością, czynami. Niektórzy zasługują na wolność na długo przed osiągnięciem odpowiedzialności, niektórzy nie zasłużą na nią nigdy. Jak rozwiązać ten problem, komu przyznać tą wolność a kogo jej pozbawić? Przyznam się, że nie wiem, choć mam nadzieję kiedyś wymyślić pewien sposób, jakieś rozgraniczenie.
            Na dziś pozostaje tylko pytanie: kto z nas naprawdę chce wolności, którą posiada?

sobota, 21 lipca 2012

Między dobrem a złem.


Im więcej się myśli tym bardziej boli. O tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać, każdy kto choć raz w życiu przyłapał się na zbytnich rozmyślaniach dobrze o tym wie. Ciekawe więc czemu ja nie jestem w stanie przestać rozmyślać nad wszystkim, tym co mnie otacza i – niestety – nie otacza. Ostatnio, pod wpływem pewnych rozmów i lektur na temat tak oczywisty, tak niby znany, a jednak wcale nie taki prosty.
            Dobro, zło. Dobro i zło. Dobro czy zło? Pojęcia wpajane nam od dziecka, niezastąpione atrybuty prawie wszystkich religii, a jednak przy głębszej refleksji można dojść do wniosku, że tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Zarówno dlatego, że wiele rzeczy nie da się jednoznacznie przypisać do którejś grupy jak i dlatego, że wielu błędnie przypisuje im synonimy na ten przykład dobru etyczność, podczas gdy jedno drugie często wyklucza. A te wszystkie problemy biorą się wyłącznie ze sztuczności, ludzkiego pochodzenia, tych stwierdzeń.
            Bo czym naprawdę są te pojęcia jeśli nie staro-żydowskim – a być może jeszcze wcześniejszym - sposobem kontrolowania tłumu, który – gdy się sprawdził – został przyjęty przez inne kultury z tych okolic, a potem opanował świat? Czym jeśli nie innym nazwaniem „działania na rzecz stada” i „działaniem na swoją rzecz”? Znacznie łatwiej przecież zmusić ludzi do nie mordowania się, nie okradania czy pomocy innym gdy nazwie się to wielkimi słowami i w dodatku obieca za to nagrodę bądź karę. Pomysł jednak okazał się nie być niezawodny. Jakkolwiek bowiem wiele rzeczy łatwo dopasować pod ten prosty schemat – morderstwa, gwałty, wymuszenia, ratowanie czyjegoś życia – tak wiele spraw nie da się podporządkować pod coś tak czarno-białego. Koncepcja dobra i zła funkcjonowała świetnie dopóki ludzie nie zastanawiali się zbyt wiele, do tego świat znał znacznie mniej form interakcji międzyludzkich. Teraz jednak okazuje się, że przestaje działać.
            Zacznijmy od zła, jakoś łatwiej przychodzą mi przykłady. Wiele religii twierdzi, że cudzołóstwo czy seks przed ślubem są rzeczą złą i straszliwą. Czemu? Czy naprawdę krzywdzi to kogoś niewychowanego w tych zasadach, z bardziej otwartym umysłem? Czy dwójka ludzi umawiająca się na „otwarty związek” jest z natury zła? Bo co takiego robią? Nikogo nie krzywdzą, nie ranią, nie prowadzą do rozpadu stada czy wyginięcia gatunku.  Ba, spełniają swoje biologiczne przeznaczenie przedłużenia gatunku lepiej niż monogamiści. Czemu więc tak bardzo się na nich wyżywać? Nie, nie ma to nic wspólnego z rzeczywistym stanem rzeczy, rzeczywistym „złem” idącym za takimi praktykami. Łatwo tu dostrzec efekt męskiej dominacji w okresie tworzenia się najbardziej popularnych dziś religii, bo nie da się zaprzeczyć, że mężczyźni są niezwykle terytorialni i wejście innego samca w okolice ich kobiety traktują jako wyzwanie. Łatwiej więc zmusić kobiety do wierności – i tym sposobem nie musieć martwić się o konkurencje – wmawiając jej, że to dobre, że jakieś bóstwo tak chce i że czeka ją za to nagroda. Dobrze, ale co w drugą stronę? Co z wiernością wobec kobiety? Najlepiej wyszedł z problemu islam nie bawiący się w hipokryzje i twierdzenie, że „w takim razie stwierdźmy, że facet też ma być wierny, chociaż i tak wiadomo, że jak kobieta siedzi w domu to oni będą biegali do innych”. Zanim zostanę spalona na stosie - tak, dziś męskie myślenie bardzo się w tej kwestii zmienia, ale nie sądzę by ci sprzed 2000 lat naprawdę byli wierni swojej samicy (dziś też nie koniecznie są). No dobrze, ale co chcę osiągnąć tym prostym przykładem? Otóż zło szybko straciło swoje pierwotne znaczenie czegoś krzywdzącego i stało się sposobem na manipulację ludzkim umysłem i wmawiania mu co wolno, a czego nie. Rzadko jest to związane z prawdziwym stanem rzeczy, a często po prostu tym co pasuje religiom. Tutaj, przy temacie religii, dochodzimy do paradoksu, że to co dla jednych będzie złe dla innych będzie dobra. Czy to znaczy, że któraś strona postępuje niewłaściwie?
            Druga kwestia to dobro. Brzmi to bardzo ładnie, przyciąga jak ćmy do ognia, bo przecież przy dobru nie może nam się nic stać. Nie jest to jednak takie proste i wyznawca takiej ideologii może się łatwo zranić. W normalnych, codziennych sytuacjach dobro jest prostym, miłym, łagodnym obrońcą – dobrzy ludzie pomagają innym ludziom, zwierzętom, nie myślą zbyt wiele o sobie, poświęcają się. Oddają wszystko co mają żeby innym było łatwiej. Jednak w ekstremalnych sytuacjach dobro staje się okrutne, bezwzględne, bolesne. Może wymagać ofiary z życia tego dobrego człowieka lub wymóc od niego zabicie innego – również dobrego – człowieka. I gdzie tu sens, gdzie tu logika? Nie ma, nie było i nie będzie.
            Te dwa słowa, dwa określenia, zostały sformułowane jako sposób na proste wytłumaczenie osobom niewtajemniczonym w życie stada (zwłaszcza dzieciom) co wolno, a czego nie. Jednak potem tracą całe swoje znaczenie i sens, stają się stekiem bzdur, a wręcz przeszkadzają w życiu, nawet codziennym. A wszystko tylko dlatego, że istnieją tylko pośród ludzi i odnoszą się tylko do nich. Bo czy lisa, albo dramatyczniej, lisicę, zbijającą zająca by wykarmić siebie i młode nazwiemy złą? Nie. Ale przecież to morderstwo, więc jest złe. Więcej. Czy człowieka zabijającego tą lisicę nazwiemy złym? Nie, to tylko głupie zwierzę dające futro. Może to być nieetyczne, ale nie jest złe. A morderstwo jest takie samo jak przy człowieku.
            Tak więc w może niezbyt klarowny – ale moje myśli takie nie bywają – sposób dochodzę do tego jak głupio jest naprawdę wierzyć w takie bzdury jak dobro i zło. Tych słów można używać na co dzień, zwłaszcza, że weszły na stałe do naszego słownika, jednak pośród poważniejszych, głębszych przemyśleń tracą one racje bytu, gdyż w tym wypadku trzeba by je bardzo rozszerzyć.