Właściwie
nie lubię pisać tych notek. Nie przeszkadza mi ich obmyślanie, ale nie mogę się
zebrać, żeby usiąść przed tym komputerem i spisać, co mi po głowie chodzi. W
międzyczasie tracę połowę z tych myśli i tylko mnie szlag trafia. Muszę nabrać
motywacji, albo rzucić to w niepamięć. Aż sama nie wiem, co bardziej do mnie
przemawia…
No dobrze, ale o czym zamierzam tym
razem biadolić? Otóż o piosence. Pewnej pogodnej, słodkiej jak kilogram miodu
piosence, która od jakiegoś czasu coraz częściej rani moje uszy. Zacznę jednak
od, prostego na tym poziomie, pytania:
Skąd się bierze nienawiść?
Odpowiedzi są dwie, tak jak chcę roboczo wydzielić dwa rodzaje nienawiści.
Jest nienawiść uzasadniona. Ktoś nam
zabił kota, przeleciał dziewczynę, popsuł maskotkę Yody sprzed wieku, czy pół.
Wtedy wściekamy się, życzymy mu zwalenia się nieba na łeb i dostajemy piany na
jego widok wspominając doznane krzywdy. Tym nie zamierzam się zajmować, jest to
temat pewnie wszystkim znany na tyle dobrze, że nie trzeba się rozdrabniać.
Istnieje również nienawiść
nieuzasadniona. Taka, która zdaje się brać znikąd i nawet nienawidzący nie
widzą konkretnego, racjonalnego powodu swojego zachowania. A jeśli nie wiadomo,
skąd się bierze nieracjonalne zachowanie to chodzi o (nie, nie pieniądze, tutaj
jest bardzo racjonalnie) strach. Prymitywny, pierwotny strach, który przez
tysiąclecia umożliwił ludziom przetrwanie, między innymi poprzez dzielenie na
„swoich” i „obcych”.
Co to ma wspólnego z piosenką? Już
mówię.
Imagine
there's no heaven.
It's easy if you try.
No hell below us,
above us only sky.
Imagine all the people,
living for today...
Imagine there's no countries.
It isn't hard to do.
Nothing to kill or die for
And no religion too.
Imagine all the people,
living life in peace.
You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one.
Imagine no possesions,
I wonder if you can.
No need for greed or hunger,
a brotherhood of man.
Imagine all the people,
sharing all the world...
You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one...
It's easy if you try.
No hell below us,
above us only sky.
Imagine all the people,
living for today...
Imagine there's no countries.
It isn't hard to do.
Nothing to kill or die for
And no religion too.
Imagine all the people,
living life in peace.
You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one.
Imagine no possesions,
I wonder if you can.
No need for greed or hunger,
a brotherhood of man.
Imagine all the people,
sharing all the world...
You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one...
Pewnie każdy kojarzy te słowa,
prawda? Ja poznałam je już jakiś czas temu, ale nie w formie piosenki –
twórczość Lennona ani Beatlesów nigdy do mnie nie przemawiała i nigdy się w nią
nie zagłębiałam. Zobaczyłam jej tekst w formie obrazka w internecie, do tego
przystrojonego słodkimi ilustracjami do każdej zwrotki. Dzielnie przejrzałam
całość, po czym walnęłam głową w biurko (szczęśliwie nie doczekując się
krwiaka) zastanawiając się, co za idiota to stworzył a potem jeszcze
rozpropagował. No, teraz już wiem. I wiem, jak ludzie w te słowa bezmyślnie
wierzą nawet w naszym, zdawałoby się jeszcze nie aż tak zamerykanizowanym,
kraju.
Czego chcę od tej piosenki? W końcu
jest taka słodka, przyjemna, pozytywna, z dziecinną niewinnością patrząca na
świat. Właśnie, dziecinną. Ludzie w ogóle nie zastanawiają się nad jej
(bez)sensem chcąc chłonąć słodycz, co stwierdził sam twórca. Spróbujmy jednak
pomyśleć chwilę nad jej treścią. Niech zniknie religia, kraje, kultura,
zwyczaje. Zostańmy na chwilę warzywami, bez historii, człowieczeństwa,
moralności. Usuńmy kraje, a więc całą różnorodność świata, potraw, strojów,
piękno tańców i muzyki, każda bowiem czerpie z jakiś korzeni kulturowych i
historycznych, nawet jeśli to przygłupia, sezonowa gwiazdka pop. Zdejmijmy
jarzmo religii, pozbawiając się jednocześnie różnorodności świąt, spokoju w
śmierci, wytrwałości w bólu, wytycznych w życiu, wsparcia bliskich ludzi –
społeczności. Na koniec pozbądźmy się tego, by mieć za co umierać. Wtedy nie
będzie też, po co żyć.
Zgodnie z tekstem piosenki
wyrzuciłam więc całą nadzieję i człowieczeństwo. Co mi zostało? Nienawiść.
Jeśli usuniemy religię zaczniemy nienawidzić obcokrajowców. Gdy znikną kraje
zaczną się podziały na klasy społeczne. Jeśli wszyscy będą żyć na tym samym
poziomie pojawi się wrogość między wsiami a miastami lub dzielnicami. Gdy
zagospodarujemy cały świat tak samo zaczną się napady na blondynów. Jeśli
wszystkich przefarbujemy problemem stanie się wzrost. Ta nienawiść będzie wciąż
istnieć, bo jest nam zwyczajnie potrzeba, tak samo jak jedzenie, czy kopulacja.
Są to najpierwotniejsze ludzkie uczucia, z którymi da się walczyć tylko poprzez
zwalczanie strachu, zaznajamianie ludzi z obcymi kulturami, poglądami,
zwyczajami, poszerzanie horyzontów u młodych ludzi. I to, wydaje mi się,
powinno być dla wszystkich oczywiste. Jednak nie jest, co więcej, winę za to
uczucie wyjmuje się z ludzi (jakież to chrześcijańskie – to nie twoja wina, że
jesteś pełen pogardy, to zły diabeł za ciebie) i przekłada na to, co w nas
najpiękniejsze.
Niestety, nie napiszę tutaj żadnej
porady, rozwiązania, choć bardzo bym chciała. Ludzie wciąż są na zbyt niskim
poziomie intelektualnym by można było cokolwiek zaradzić, chyba że w mały gronie. Jednak nawet w tym warto,
bo przecież to jest już zmiana, która może pójść dalej. Może kiedyś, gdy
ludzkość dorośnie, nie będzie nam potrzeba słodkich słów o tym, jak to, co
powinniśmy wielbić nas niszczy.