wtorek, 24 grudnia 2013

Śmierć elity



Na pewno każdy zna króla Juliana. Niektórzy pewnie z pamięci są w stanie przywołać niezliczone ilości jego „mądrości”. Jedna z nich chodzi za mną już od dłuższego czasu cisnąć się na usta przy każdej obserwacji otaczającego świata.
            Gdzie się podziały podziały klasowe? Choć oryginalnie wypowiedziane niefrasobliwie i w specyficznych warunkach jest wspaniałym odpowiednikiem nijakości i zlania, które ogarnęły aktualnie świat a przynajmniej cały „cywilizowany świat”. Każdy idiota, ba, przede wszystkim i coraz częściej głównie idioci, może skończyć studia, wydać książkę, płytę, zostać sławnym piosenkarzem, malarzem, zarabiać krocie za nic. I być popularnym, dużo bardziej niż ludzie inteligentni, wartościowi, utalentowani, pracowici, ponieważ zamiast przekazu i refleksji ofiarowują szarym masom szare pomyje swoich toaletowych przemyśleń niewymagające żadnej inteligencji za to dające nadzieję, że każdy może zostać znanym i bogatym. I tyczy się to każdej dziedziny sztuki, która dziś łka gdzieś w ciemnych kątach zapuszczonych pubów i muzeów, bo chłam wykupił całą wielką scenę, oraz tego, co kiedyś zwało się inteligencją.
            Studiując coraz częściej widzę, że na studia idzie każdy. Może niektórym wydaje się, że 40% narodu to nie każdy, ale w porównaniu z 30% dostających się maturzystów (a przecież maturę też zdawało niewielu) z lat dziewięćdziesiątych to ogromny skok. Nie wspominając, że przechadzając się korytarzami dowolnej uczelni można znaleźć człowieka każdej grupy – od wielkich geniuszy i światłych umysłów, po tłumoków, którzy fartem dostali maturę „4m=8 , oblicz m” i radośnie dostali się na studia, by móc chlać, imprezować, zaniżać poziom, ukazywać wszystkim swój brak wiedzy i inteligencji a mimo to zaliczać, bez szans na przyszłość i niszcząc takie szanse innym. W końcu, gdy co piąty człowiek jest magistrem to nie ma to żadnej wartości. I tym sposobem mamy dziewczynę, która, marząc o zostaniu kosmetyczką, zamiast pójść do zawodówki, czy nawet zdać maturę i próbować gdzieś się zatrudnić idzie na studia. Kosmetyczne, rzecz jasna. Wychodzi po tych kilku latach i dziwi się, że nie mając ani wiedzy, ani doświadczenia nie znajduje roboty, bo wszystkie miejsca zajęte są przez osoby, które owe doświadczenie zbierały.
            Kiedyś malowano wyłącznie na zamówienie. Z tego też powodu malarz musiał być artystą, posiadać wszystkie cechy takowego i wykonywać swoją robotę porządnie, w przeciwnym bowiem razie wylądowałby na bruku i modlił się o szybką śmierć. Potem jednak przyszły czasy, gdy każdy mógł kupić płótno, pędzel i stworzyć bohomaz, coś, co potem wymuszało na ludziach zachwyty (w przeciwnym wypadku wmówiono by im, że się nie znają i wykluczono) a teraz szpeci ściany muzeów zarabiając grube pieniądze a będąc zwykłymi wymiocinami pijanego chłopa i mając żadną wartość artystyczną lub historyczną.
            Kiedyś wydawano książki dobre, wartościowe, bo zwyczajnie szkoda było papieru na cokolwiek innego. W końcu czytanie było przywilejem ludzi chcących przekazów. Teraz, jeśli coś jest sztucznie i z przegięciem mhrrroczne, zUe, wszędzie leje się krew, torturują każdego przechodnia a kobiety wciskają piersi w twarz i tyłki w uda każdego bohatera (fantasy) lub wszędzie biegają półnagie 16latki dające za parę spodni (każda inna forma literatury popularnej) to wiadomo, że trzeba wydać. Bo jest modne, bo spełnia wymagania niżowe, bo na pewno się sprzeda. Teraz, jeśli kupować książki to najlepiej nie w księgarniach, tylko w internecie (wbrew pozorom wciąż mniej zasypany talentowymi upadkami niż taki empik), tylko polecone przez znajomych o znanym, dobrym guście i, pod żadnym pozorem, nie bestsellery. Od dłuższego czasu obserwuje, że im książka gorsza tym większa szansa, że trafi na tę półkę.
            Można odnieść wrażenie, że chcę ludzi dzielić na kasty. I, właściwie, coś w tym jest. Ludzie powinni się trzymać swoich stref i nie wychodzić zbyt daleko poza nie, bo wtedy właśnie zaczyna intelektualna papka zabójcza dla rozmaitości świata. Nie przeszkadza mi skąd ktoś pochodzi, że ludzie ze wsi idą na studia, czy nagrywają płytę. Niech idą, niech nagrywają, ale tylko, jeśli są pracowici, uzdolnieni, inteligentni. W przeciwnym wypadku, i miastowych też się to tyczy, niech siedzą z łopatą w rowach i się nie pchają, gdzie ich nie trzeba. Tacy przecież też są potrzebni, takich zawsze mało, a przez społeczną presję posiadania doktora trzykrotnie habilitowanego z doktorologii stosowanej coraz mniej.
            Najbardziej bolesna w tym wszystkim jest niemożliwość zmiany obecnego stanu rzeczy. Można się od tego odciąć, studiować nie oglądając się na tę bandę mniej-niż-półgłówków, płacić tylko wartościowym twórcom. Wciąż jednak świat będzie karmił niezasłużoną sławą sezonowe gwiazdki i idolów nastolateczek (czyż ci nie są najgorsi?) spychając na dziesiąty plan to, co warto byłoby wynieść na piedestały, zaś świadomość tego będzie zewsząd i bez przerwy docierała odbierając resztki wiary w ludzkość, o ile w kimś jeszcze takowe pozostały. Cóż, nie pozostaje jednak nic innego jak próbować, bo chociaż swój mały światek możemy zmieniać wedle swojego uznania.