Na
pewno każdy zna króla Juliana. Niektórzy pewnie z pamięci są w stanie przywołać
niezliczone ilości jego „mądrości”. Jedna z nich chodzi za mną już od dłuższego
czasu cisnąć się na usta przy każdej obserwacji otaczającego świata.
Gdzie się podziały podziały klasowe?
Choć oryginalnie wypowiedziane niefrasobliwie i w specyficznych warunkach jest
wspaniałym odpowiednikiem nijakości i zlania, które ogarnęły aktualnie świat a
przynajmniej cały „cywilizowany świat”. Każdy idiota, ba, przede wszystkim i
coraz częściej głównie idioci, może skończyć studia, wydać książkę, płytę,
zostać sławnym piosenkarzem, malarzem, zarabiać krocie za nic. I być popularnym,
dużo bardziej niż ludzie inteligentni, wartościowi, utalentowani, pracowici,
ponieważ zamiast przekazu i refleksji ofiarowują szarym masom szare pomyje
swoich toaletowych przemyśleń niewymagające żadnej inteligencji za to dające
nadzieję, że każdy może zostać znanym i bogatym. I tyczy się to każdej
dziedziny sztuki, która dziś łka gdzieś w ciemnych kątach zapuszczonych pubów i
muzeów, bo chłam wykupił całą wielką scenę, oraz tego, co kiedyś zwało się
inteligencją.
Studiując coraz częściej widzę, że
na studia idzie każdy. Może niektórym wydaje się, że 40% narodu to nie każdy,
ale w porównaniu z 30% dostających się maturzystów (a przecież maturę też
zdawało niewielu) z lat dziewięćdziesiątych to ogromny skok. Nie wspominając,
że przechadzając się korytarzami dowolnej uczelni można znaleźć człowieka
każdej grupy – od wielkich geniuszy i światłych umysłów, po tłumoków, którzy
fartem dostali maturę „4m=8 , oblicz m” i radośnie dostali się na studia, by
móc chlać, imprezować, zaniżać poziom, ukazywać wszystkim swój brak wiedzy i
inteligencji a mimo to zaliczać, bez szans na przyszłość i niszcząc takie
szanse innym. W końcu, gdy co piąty człowiek jest magistrem to nie ma to żadnej
wartości. I tym sposobem mamy dziewczynę, która, marząc o zostaniu kosmetyczką,
zamiast pójść do zawodówki, czy nawet zdać maturę i próbować gdzieś się
zatrudnić idzie na studia. Kosmetyczne, rzecz jasna. Wychodzi po tych kilku
latach i dziwi się, że nie mając ani wiedzy, ani doświadczenia nie znajduje
roboty, bo wszystkie miejsca zajęte są przez osoby, które owe doświadczenie
zbierały.
Kiedyś malowano wyłącznie na
zamówienie. Z tego też powodu malarz musiał być artystą, posiadać wszystkie
cechy takowego i wykonywać swoją robotę porządnie, w przeciwnym bowiem razie
wylądowałby na bruku i modlił się o szybką śmierć. Potem jednak przyszły czasy,
gdy każdy mógł kupić płótno, pędzel i stworzyć bohomaz, coś, co potem wymuszało na ludziach zachwyty (w przeciwnym wypadku
wmówiono by im, że się nie znają i wykluczono) a teraz szpeci ściany muzeów
zarabiając grube pieniądze a będąc zwykłymi wymiocinami pijanego chłopa i mając
żadną wartość artystyczną lub historyczną.
Kiedyś wydawano książki dobre,
wartościowe, bo zwyczajnie szkoda było papieru na cokolwiek innego. W końcu
czytanie było przywilejem ludzi chcących przekazów. Teraz, jeśli coś jest
sztucznie i z przegięciem mhrrroczne, zUe, wszędzie leje się krew, torturują
każdego przechodnia a kobiety wciskają piersi w twarz i tyłki w uda każdego
bohatera (fantasy) lub wszędzie biegają półnagie 16latki dające za parę spodni
(każda inna forma literatury popularnej) to wiadomo, że trzeba wydać. Bo jest
modne, bo spełnia wymagania niżowe, bo na pewno się sprzeda. Teraz, jeśli
kupować książki to najlepiej nie w księgarniach, tylko w internecie (wbrew
pozorom wciąż mniej zasypany talentowymi upadkami niż taki empik), tylko
polecone przez znajomych o znanym, dobrym guście i, pod żadnym pozorem, nie
bestsellery. Od dłuższego czasu obserwuje, że im książka gorsza tym większa
szansa, że trafi na tę półkę.
Można odnieść wrażenie, że chcę
ludzi dzielić na kasty. I, właściwie, coś w tym jest. Ludzie powinni się
trzymać swoich stref i nie wychodzić zbyt daleko poza nie, bo wtedy właśnie
zaczyna intelektualna papka zabójcza dla rozmaitości świata. Nie przeszkadza mi
skąd ktoś pochodzi, że ludzie ze wsi idą na studia, czy nagrywają płytę. Niech
idą, niech nagrywają, ale tylko, jeśli są pracowici, uzdolnieni, inteligentni.
W przeciwnym wypadku, i miastowych też się to tyczy, niech siedzą z łopatą w
rowach i się nie pchają, gdzie ich nie trzeba. Tacy przecież też są potrzebni,
takich zawsze mało, a przez społeczną presję posiadania doktora trzykrotnie
habilitowanego z doktorologii stosowanej coraz mniej.
Najbardziej bolesna w tym wszystkim
jest niemożliwość zmiany obecnego stanu rzeczy. Można się od tego odciąć,
studiować nie oglądając się na tę bandę mniej-niż-półgłówków, płacić tylko
wartościowym twórcom. Wciąż jednak świat będzie karmił niezasłużoną sławą
sezonowe gwiazdki i idolów nastolateczek (czyż ci nie są najgorsi?) spychając
na dziesiąty plan to, co warto byłoby wynieść na piedestały, zaś świadomość
tego będzie zewsząd i bez przerwy docierała odbierając resztki wiary w ludzkość,
o ile w kimś jeszcze takowe pozostały. Cóż, nie pozostaje jednak nic innego jak
próbować, bo chociaż swój mały światek możemy zmieniać wedle swojego uznania.