Irytują. Z każdym dniem coraz bardziej irytują. Prości,
szarzy, bezmyślni ludzie. Ci, którzy to chodzą ulicami, maj przechodzą, lipiec,
grudzień, zagubieni wśród ulic bram. Ja wiem, że ludziom bez poważnych
problemów można tylko pozazdrościć, ale nie przesadzajmy w drugą stronę.
Nierówna długość paznokci nie jest problemem na całe życie i nie powinna
zajmować każdej myśli, dopóki się tej straszliwej sytuacji nie naprawi. Tak
samo jak parę innych poważnych problemów:
Nie dość, że nie mam się w co ubrać, to jeszcze szafa mi się
nie domyka.
Jestem taki biedny, nikt mnie nie kocha, nie kochał, i
kochać nie będę, idę się pociąć.
Cholera, nie pamiętam z kim wczoraj spałem.
Po co mam wiedzieć z czego składa się drzewo, skoro jestem w
humanie/po co mi wiedzieć, gdzie jest Australia, skoro jestem w mat-fizie/na co
mi wiadomość kim był Piłsudski, skoro jestem w biol-chemie?
Wczoraj namówili mnie na zjedzenie pączka! Pączka! Przecież
teraz nie spalę tego do końca życia.
A jednak
tak jest. Ludzie zamiast przejmować się tym, co naprawdę ważne, co powinno
zawracać im głowy, choćby że za kilka lat mogą nie mieć co jeść czy gdzie żyć –
bo jak wymagać od nich świadomości poważniejszych problemów? - wlepiają
godzinami oczy w zdjęcia tuszów do rzęs w magazynach. Żeby jeszcze jeden od
drugiego rzeczywiście się czymś różnił. A gdy spróbujesz zarysować jakikolwiek
inny problem (już nie wspominając o tych, po których słyszysz, że „gadasz
jakbyś już stała nad grobem”) jesteś kujon (bo kto czyta książki?), nerd (bo
kto wie co to adenozynotrifosforan?) czy jakiekolwiek inne straszliwe wyzwisko
z tych, których nawet nie chce mi się pamiętać.
Patrzę na
nich i moja wszelka wiara zamiera. Co ja tu robię? Czemu siedzę tutaj, na tym
cholernym, dobrze nazwanym, padole łez, zamiast być gdzieś, gdzie pasowałabym
bardziej? Nie miałam wyboru czy podjęłam głupi? Oczywiście, i tak jest lepiej
niż gdybym żyła jeszcze 400 lat temu. Wtedy za samo wyjście z domu mogłabym spłonąć,
bo na pewno jestem czarownicą i wyszłam aby sprowadzić plagę na wioskę. A
jednak…
Przechodząc
ulicą i patrząc na te puste twarze, bezmyślne oczy, słuchając głupich
wypowiedzi o tym, jak „to ę wczoraj aebali” chce wynieść się stąd jak
najszybciej. Takim ludziom nawet nie da się udowodnić, jakimi są kretynami, bo
przekonani o własnej wielkości nie przyjmą do wiadomości rzeczywistości. Im
dłużej na nich patrzę, tym bardziej przemawia do mnie Kaczmarski w słowach
„Widzę kształt rzeczy w ich sensie istotnym i to mnie czyni wielkim, oraz
jednokrotnym, w odróżnieniu od was, którzy, Państwo wybaczą, jesteście wierszem
idioty odbitym na powielaczu.” Oczywiście nie widzę i nie rozumiem wszystkiego.
Jednak to co widzę i rozumiem jest dla mnie tak naturalne, że nie rozumiem jak
inni mogą tego nie dostrzegać, lub wręcz to negować. Kto wie, może właśnie ta
niezdolność do ich zrozumienia jest powodem mojej frustracji. Pewnie, nie
powinnam się tym tak przejmować, raczej cieszyć ze swojej wyższości. Mimo to
nie daje mi to spokoju. Działa na mnie jak płachta na byka i coraz trudniej mi
spokojnie stać między nimi i spoglądać na to wszystko. Przestali fascynować.
Minął czas, gdy patrzyłam na nich z ciekawością, co im znowu strzeli do łba, co
wymyślą. Teraz wiem, co wymyślą i stali się obrzydliwi, oczywiści, płytcy.
Nie wszyscy
są tacy, wiem. Bardzo silnie też próbuję być przy tych innych, przy całej
reszcie. Nie ma ich jednak zbyt wielu, w każdym razie przy porównaniu do tłumu,
i to, jak rzadka stała się ich obecność boli jeszcze bardziej.
Może i
powinnam sobie darować i znowu poszukiwać spokoju. Przestać zwracać na nich
uwagę i skupić się na sobie, nie pozwalać im pogrywać z moimi nerwami. Gdyby to
tylko było takie proste… Sądziłam, że bezstresowa koegzystencja jest możliwa.
Myliłam
się.