Im więcej się myśli tym bardziej
boli. O tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać, każdy kto choć raz w życiu
przyłapał się na zbytnich rozmyślaniach dobrze o tym wie. Ciekawe więc czemu ja
nie jestem w stanie przestać rozmyślać nad wszystkim, tym co mnie otacza i –
niestety – nie otacza. Ostatnio, pod wpływem pewnych rozmów i lektur na temat
tak oczywisty, tak niby znany, a jednak wcale nie taki prosty.
Dobro, zło.
Dobro i zło. Dobro czy zło? Pojęcia wpajane nam od dziecka, niezastąpione atrybuty
prawie wszystkich religii, a jednak przy głębszej refleksji można dojść do
wniosku, że tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Zarówno dlatego, że wiele rzeczy
nie da się jednoznacznie przypisać do którejś grupy jak i dlatego, że wielu
błędnie przypisuje im synonimy na ten przykład dobru etyczność, podczas gdy
jedno drugie często wyklucza. A te wszystkie problemy biorą się wyłącznie ze
sztuczności, ludzkiego pochodzenia, tych stwierdzeń.
Bo czym
naprawdę są te pojęcia jeśli nie staro-żydowskim – a być może jeszcze
wcześniejszym - sposobem kontrolowania tłumu, który – gdy się sprawdził –
został przyjęty przez inne kultury z tych okolic, a potem opanował świat? Czym
jeśli nie innym nazwaniem „działania na rzecz stada” i „działaniem na swoją
rzecz”? Znacznie łatwiej przecież zmusić ludzi do nie mordowania się, nie
okradania czy pomocy innym gdy nazwie się to wielkimi słowami i w dodatku
obieca za to nagrodę bądź karę. Pomysł jednak okazał się nie być niezawodny.
Jakkolwiek bowiem wiele rzeczy łatwo dopasować pod ten prosty schemat –
morderstwa, gwałty, wymuszenia, ratowanie czyjegoś życia – tak wiele spraw nie
da się podporządkować pod coś tak czarno-białego. Koncepcja dobra i zła
funkcjonowała świetnie dopóki ludzie nie zastanawiali się zbyt wiele, do tego
świat znał znacznie mniej form interakcji międzyludzkich. Teraz jednak okazuje
się, że przestaje działać.
Zacznijmy
od zła, jakoś łatwiej przychodzą mi przykłady. Wiele religii twierdzi, że
cudzołóstwo czy seks przed ślubem są rzeczą złą i straszliwą. Czemu? Czy
naprawdę krzywdzi to kogoś niewychowanego w tych zasadach, z bardziej otwartym
umysłem? Czy dwójka ludzi umawiająca się na „otwarty związek” jest z natury
zła? Bo co takiego robią? Nikogo nie krzywdzą, nie ranią, nie prowadzą do
rozpadu stada czy wyginięcia gatunku. Ba,
spełniają swoje biologiczne przeznaczenie przedłużenia gatunku lepiej niż monogamiści.
Czemu więc tak bardzo się na nich wyżywać? Nie, nie ma to nic wspólnego z
rzeczywistym stanem rzeczy, rzeczywistym „złem” idącym za takimi praktykami.
Łatwo tu dostrzec efekt męskiej dominacji w okresie tworzenia się najbardziej
popularnych dziś religii, bo nie da się zaprzeczyć, że mężczyźni są niezwykle
terytorialni i wejście innego samca w okolice ich kobiety traktują jako
wyzwanie. Łatwiej więc zmusić kobiety do wierności – i tym sposobem nie musieć
martwić się o konkurencje – wmawiając jej, że to dobre, że jakieś bóstwo tak
chce i że czeka ją za to nagroda. Dobrze, ale co w drugą stronę? Co z
wiernością wobec kobiety? Najlepiej wyszedł z problemu islam nie bawiący się w
hipokryzje i twierdzenie, że „w takim razie stwierdźmy, że facet też ma być
wierny, chociaż i tak wiadomo, że jak kobieta siedzi w domu to oni będą biegali
do innych”. Zanim zostanę spalona na stosie - tak, dziś męskie myślenie bardzo
się w tej kwestii zmienia, ale nie sądzę by ci sprzed 2000 lat naprawdę byli
wierni swojej samicy (dziś też nie koniecznie są). No dobrze, ale co chcę
osiągnąć tym prostym przykładem? Otóż zło szybko straciło swoje pierwotne
znaczenie czegoś krzywdzącego i stało się sposobem na manipulację ludzkim
umysłem i wmawiania mu co wolno, a czego nie. Rzadko jest to związane z
prawdziwym stanem rzeczy, a często po prostu tym co pasuje religiom. Tutaj,
przy temacie religii, dochodzimy do paradoksu, że to co dla jednych będzie złe
dla innych będzie dobra. Czy to znaczy, że któraś strona postępuje
niewłaściwie?
Druga
kwestia to dobro. Brzmi to bardzo ładnie, przyciąga jak ćmy do ognia, bo
przecież przy dobru nie może nam się nic stać. Nie jest to jednak takie proste
i wyznawca takiej ideologii może się łatwo zranić. W normalnych, codziennych
sytuacjach dobro jest prostym, miłym, łagodnym obrońcą – dobrzy ludzie pomagają
innym ludziom, zwierzętom, nie myślą zbyt wiele o sobie, poświęcają się. Oddają
wszystko co mają żeby innym było łatwiej. Jednak w ekstremalnych sytuacjach
dobro staje się okrutne, bezwzględne, bolesne. Może wymagać ofiary z życia tego
dobrego człowieka lub wymóc od niego zabicie innego – również dobrego –
człowieka. I gdzie tu sens, gdzie tu logika? Nie ma, nie było i nie będzie.
Te dwa
słowa, dwa określenia, zostały sformułowane jako sposób na proste wytłumaczenie
osobom niewtajemniczonym w życie stada (zwłaszcza dzieciom) co wolno, a czego
nie. Jednak potem tracą całe swoje znaczenie i sens, stają się stekiem bzdur, a
wręcz przeszkadzają w życiu, nawet codziennym. A wszystko tylko dlatego, że
istnieją tylko pośród ludzi i odnoszą się tylko do nich. Bo czy lisa, albo dramatyczniej,
lisicę, zbijającą zająca by wykarmić siebie i młode nazwiemy złą? Nie. Ale
przecież to morderstwo, więc jest złe. Więcej. Czy człowieka zabijającego tą
lisicę nazwiemy złym? Nie, to tylko głupie zwierzę dające futro. Może to być
nieetyczne, ale nie jest złe. A morderstwo jest takie samo jak przy człowieku.
Tak więc w może
niezbyt klarowny – ale moje myśli takie nie bywają – sposób dochodzę do tego
jak głupio jest naprawdę wierzyć w takie bzdury jak dobro i zło. Tych słów
można używać na co dzień, zwłaszcza, że weszły na stałe do naszego słownika,
jednak pośród poważniejszych, głębszych przemyśleń tracą one racje bytu, gdyż w
tym wypadku trzeba by je bardzo rozszerzyć.