sobota, 26 lipca 2014

Świat a wyobrażenia

Właściwie nie lubię pisać tych notek. Nie przeszkadza mi ich obmyślanie, ale nie mogę się zebrać, żeby usiąść przed tym komputerem i spisać, co mi po głowie chodzi. W międzyczasie tracę połowę z tych myśli i tylko mnie szlag trafia. Muszę nabrać motywacji, albo rzucić to w niepamięć. Aż sama nie wiem, co bardziej do mnie przemawia…

            No dobrze, ale o czym zamierzam tym razem biadolić? Otóż o piosence. Pewnej pogodnej, słodkiej jak kilogram miodu piosence, która od jakiegoś czasu coraz częściej rani moje uszy. Zacznę jednak od, prostego na tym poziomie, pytania:
            Skąd się bierze nienawiść? Odpowiedzi są dwie, tak jak chcę roboczo wydzielić dwa rodzaje nienawiści.
            Jest nienawiść uzasadniona. Ktoś nam zabił kota, przeleciał dziewczynę, popsuł maskotkę Yody sprzed wieku, czy pół. Wtedy wściekamy się, życzymy mu zwalenia się nieba na łeb i dostajemy piany na jego widok wspominając doznane krzywdy. Tym nie zamierzam się zajmować, jest to temat pewnie wszystkim znany na tyle dobrze, że nie trzeba się rozdrabniać.
            Istnieje również nienawiść nieuzasadniona. Taka, która zdaje się brać znikąd i nawet nienawidzący nie widzą konkretnego, racjonalnego powodu swojego zachowania. A jeśli nie wiadomo, skąd się bierze nieracjonalne zachowanie to chodzi o (nie, nie pieniądze, tutaj jest bardzo racjonalnie) strach. Prymitywny, pierwotny strach, który przez tysiąclecia umożliwił ludziom przetrwanie, między innymi poprzez dzielenie na „swoich” i „obcych”.
            Co to ma wspólnego z piosenką? Już mówię.

Imagine there's no heaven.
It's easy if you try.
No hell below us,
above us only sky.
Imagine all the people,
living for today...

Imagine there's no countries.
It isn't hard to do.
Nothing to kill or die for
And no religion too.
Imagine all the people,
living life in peace.

You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one.

Imagine no possesions,
I wonder if you can.
No need for greed or hunger,
a brotherhood of man.

Imagine all the people,
sharing all the world...

You may say I'm a dreamer,
but I'm not the only one.
I hope some day you'll join us,
and the world will live as one...

            Pewnie każdy kojarzy te słowa, prawda? Ja poznałam je już jakiś czas temu, ale nie w formie piosenki – twórczość Lennona ani Beatlesów nigdy do mnie nie przemawiała i nigdy się w nią nie zagłębiałam. Zobaczyłam jej tekst w formie obrazka w internecie, do tego przystrojonego słodkimi ilustracjami do każdej zwrotki. Dzielnie przejrzałam całość, po czym walnęłam głową w biurko (szczęśliwie nie doczekując się krwiaka) zastanawiając się, co za idiota to stworzył a potem jeszcze rozpropagował. No, teraz już wiem. I wiem, jak ludzie w te słowa bezmyślnie wierzą nawet w naszym, zdawałoby się jeszcze nie aż tak zamerykanizowanym, kraju.
            Czego chcę od tej piosenki? W końcu jest taka słodka, przyjemna, pozytywna, z dziecinną niewinnością patrząca na świat. Właśnie, dziecinną. Ludzie w ogóle nie zastanawiają się nad jej (bez)sensem chcąc chłonąć słodycz, co stwierdził sam twórca. Spróbujmy jednak pomyśleć chwilę nad jej treścią. Niech zniknie religia, kraje, kultura, zwyczaje. Zostańmy na chwilę warzywami, bez historii, człowieczeństwa, moralności. Usuńmy kraje, a więc całą różnorodność świata, potraw, strojów, piękno tańców i muzyki, każda bowiem czerpie z jakiś korzeni kulturowych i historycznych, nawet jeśli to przygłupia, sezonowa gwiazdka pop. Zdejmijmy jarzmo religii, pozbawiając się jednocześnie różnorodności świąt, spokoju w śmierci, wytrwałości w bólu, wytycznych w życiu, wsparcia bliskich ludzi – społeczności. Na koniec pozbądźmy się tego, by mieć za co umierać. Wtedy nie będzie też, po co żyć.
            Zgodnie z tekstem piosenki wyrzuciłam więc całą nadzieję i człowieczeństwo. Co mi zostało? Nienawiść. Jeśli usuniemy religię zaczniemy nienawidzić obcokrajowców. Gdy znikną kraje zaczną się podziały na klasy społeczne. Jeśli wszyscy będą żyć na tym samym poziomie pojawi się wrogość między wsiami a miastami lub dzielnicami. Gdy zagospodarujemy cały świat tak samo zaczną się napady na blondynów. Jeśli wszystkich przefarbujemy problemem stanie się wzrost. Ta nienawiść będzie wciąż istnieć, bo jest nam zwyczajnie potrzeba, tak samo jak jedzenie, czy kopulacja. Są to najpierwotniejsze ludzkie uczucia, z którymi da się walczyć tylko poprzez zwalczanie strachu, zaznajamianie ludzi z obcymi kulturami, poglądami, zwyczajami, poszerzanie horyzontów u młodych ludzi. I to, wydaje mi się, powinno być dla wszystkich oczywiste. Jednak nie jest, co więcej, winę za to uczucie wyjmuje się z ludzi (jakież to chrześcijańskie – to nie twoja wina, że jesteś pełen pogardy, to zły diabeł za ciebie) i przekłada na to, co w nas najpiękniejsze.

            Niestety, nie napiszę tutaj żadnej porady, rozwiązania, choć bardzo bym chciała. Ludzie wciąż są na zbyt niskim poziomie intelektualnym by można było cokolwiek zaradzić,  chyba że w mały gronie. Jednak nawet w tym warto, bo przecież to jest już zmiana, która może pójść dalej. Może kiedyś, gdy ludzkość dorośnie, nie będzie nam potrzeba słodkich słów o tym, jak to, co powinniśmy wielbić nas niszczy.