Niesamowite.
Co? W gruncie rzeczy sama do końca
nie wiem. Wciąż analizuję nowe zjawisko, jakiego byłam świadkiem. Zjawisko niby
pospolite, jednak świeże i niecodzienne w swej prymitywności. I wcale nie
chodzi o pogo. Nie pytaj, tak mi przyszło na myśl wspominając o świeżej
prymitywności.
Byłam na koncercie. Organizowała go
nasza wspaniała GPW i, w gruncie rzeczy, pojawiłam się tam tylko na zasadzie „wieczorem
jest jakiś koncert, wstęp wolny, idziemy?”. Cóż, po wstępie wolnym tego bym się
nie spodziewała…
I w tym miejscu zaznaczę, że nie
zamierzam tu tworzyć recenzji. Coś w tym guście na pewno z tego wyjdzie, jednak
wszelkie odczucia i wrażenia będą bardzo subiektywne i nie radzę kierować się
nimi przy wyrabianiu sobie opinii.
Grał francuski zespół Les Tambours
du Bronx. Wtedy usłyszałam o nich po raz pierwszy. Już na początku uznałam, że
nie było to ani trochę francuskie. Mieli być to bębniarze, perkusiści, w
praktyce grali na metalowych beczkach „by oddać charakter fabryki”. Być może,
nie wnikam w ideę, muszę jednak przyznać, że robili wrażenie. Oni nie uderzali
pałeczkami w beczki – oni potrafili z tego uderzania zrobić show, w którym
część niczym golemy bębniła w blachę, część rzucała się oddając całe ciało a
może i umysł z duszą tej muzyce wznosząc się wraz z pałkami (pałeczkami ciężko
to nazwać) i spadając wraz z nimi, show, w którym beczki latały po scenie a
jeden muzyk, niczym oszalały, rzucał się po scenie szarpiąc za włosy. Potrafili
zrobić z tego show nawiązujące zarówno do ciężkiego koncertu metalowego jak i,
w miarę możliwości takiej perkusji, techno, electro, czy jakkolwiek to się dziś
nazywa. Mało ruchliwą, podstarzałą czy nienawykłą do takiego rodzaju muzyki
publiczność po marnym suporcie potrafili rozgrzać, namówić do krzyków, skoków i
rzucania się po fanty po koncercie.
Czy to jednak było taki niesamowite?
Owy spektakl, przedstawienie z ciał i instrumentów przerwany czasem czymś na
kształt śpiewu? Otóż nie. Podczas ich oglądania naszła mnie pewna refleksja.
Najprawdopodobniej gdyby w Polsce pojawiła się grupa ludzi mówiąca, że gra na
beczkach zostaliby spławieni pełnymi politowania spojrzeniami i mogliby robić
co najwyżej za atrakcje turystyczną czy ciekawostkę w jakimś programie
telewizyjnym o wschodzących gwiazdach (chociaż akurat te programy dają
nadzieję, że los takiego zespołu potoczyłby się inaczej). Tam jednak stali się
oni zespołem o nielichej sławie a ich pierwszy poważniejszy występ uświęcał
wielką okazję, jaką było dwustolecie wybuchu rewolucji francuskiej. W byle
ludzi beczkami uwierzono i pozwolono brać udział w tak ogromnej uroczystości.
Sama, przyznaję, podchodzę z pewną rezerwą do wszelkich ekstrawertyckich nowości,
jednak rezerwa ta nie powinna być z góry niechęcią. Od dłuższego czasu zaczęłam
wątpić w istnienie oryginalności i pomysłowości w tych czasach – a jednak można
się jeszcze zdziwić, tylko trzeba dać szansę temu dziwnemu zjawisku (zapominać,
że większość to jednak przeciętny i popularny chłam też nie warto).
Radzę ich gdzieś znaleźć,
przesłuchać a przede wszystkim – obejrzeć. Na ekranie to zupełnie nie to samo,
co na żywo – co widać choćby porównując na bieżąco obraz z telebimów i sceny –
daje jednak pewien posmak. Nawet traktując to, jako ciekawostkę warto takich
rzeczy chociaż spróbować. Niemal zdążyłam zapomnieć jak ważne są nowe, nawet
jeśli nieco oczywiste, doświadczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz